*

*

piątek, 4 grudnia 2015

Sianie dymu, zbieranie odcieni.


W ostatni weekend listopada spotkałyśmy się z Adrianną, by odrobinę poczarować. Wcześniej, ale też w listopadzie zakupiłam kulki dymne. Chodziło to za mną od dość długiego czasu, ale nie była to moja pierwsza potrzeba fotograficzna, ponieważ zazwyczaj robię czarno - białe zdjęcia. Traktowałam ten zakup więc raczej jako fanaberię, niż jako "must have" wynikające z pasji. 
Paczka przyszła błyskawicznie, zaczęłyśmy się więc zastanawiać jak by ją spożytkować. I w gruncie rzeczy wyszło nam kilka całkiem miłych ujęć, choć obie stwierdziłyśmy, że dobrze, że na zdjęcia pojechał z nami pomocnik, ponieważ do kulek dymnych ku naszemu zdziwieniu lepiej mieć asystę. Co byśmy zrobiły bez Przemka? A no, okazało się w praniu, że pewnie niewiele. Bo trudno, żeby osoba pozująca oprócz skupienia się na pozie, mimice i całym otoczeniu miała jeszcze skakać z miejsca na miejsce i odpalać kulki dymne. Podobnie i fotograf. Jeśli miałabym podbiegać, odpalać kulkę, trochę ją ukierunkować, odbiegać, kadrować, ostrzyć i fotografować wreszcie - w efekcie pewnie na niczym nie skupiłabym się jak trzeba. Człowiek uczy się całe życie, to miłe. Zawsze w fotografowaniu lubiłam kameralność, osobisty kontakt z drugą osobą, bez przeszkadzaczy i świadków. Ale jak widać nie zawsze tak się da. Dlatego jeśli kiedyś najdzie Was ochota na kulki dymne - polecam załatwienie sobie kogoś, kto skupi się tylko na odpalaniu ich, abyście Wy mogli skupić się na swoim z kolei zadaniu.
Co do kulek jeszcze - ku mojemu zdziwieniu dymią krótko. Niby wystarczająco, ale jednak z niedosytem. Cała akcja po odpaleniu kulki trwa około 10 sekund. Dym jak widać jest intensywny (choć to zależy też od koloru kulki), ale trzeba działać szybko. Ot, kolejna nauczka i fajne doświadczenie. Zapraszam do obejrzenia ponurego listopada w kilku weselszych odcieniach. :)